Kończyłem palić papierosa gdy poczułem jak coś ociera mi się o kostkę. Instynktownie odskoczyłem i sięgnąłem ręką do paska od strony pleców. W tym samym momencie zauważyłem dwa żółte ślepia wpatrujące się we mnie z dołu. Moim małym napastnikiem okazał się kot.
Kucnąłem i podrapałem go za uchem. Był strasznie wychudzony jak większość zwierząt w tej okolicy.
- Nie mam nic do jedzenia - westchnąłem. Sam nic nie jadłem cały dzień - aczkolwiek wynikało to bardziej z braku czasu niż z braku posiadania pożywienia.
Kot wpatrywał się dalej we mnie uporczywie. Poirytowany podniosłem się.
- No przecież mówię ci że nic nie mam - mruknąłem - Zmykaj stąd.
Odwróciłem się na pięcie, dogasiłem papierosa i ruszyłem w stronę magazynu. Parę minut i znalazłem się w środku.
- I jak? Nasz drogi przyjaciel zrozumiał przez telefon czy mamy go odwiedzić osobiście? - spytał od razu szef.
Oparłem się o taśmę obok Damien'a.
- Nie robił wielu problemów. Całą kwotę dostarczy do wtorku wieczorem.
- Poinformowałeś go co się stanie jeśli nie dotrzyma umowy?
Skinąłem głową.
- Szkoda by było takich uroczych dzieci - mruknął z uśmieszkiem szef.
- I żonki - parsknął Damien. Reszta mu zawtórowała, choć ja akurat nie widziałem w tym nic śmiesznego.
Miałem jedną świętą zasadę. Matek i dzieci nie dotykałem. Greg dobrze o tym wiedział. Mimo, że jako szef mógł na mnie wymusić, abym odszedł od tej zasady, nie zrobił tego dotąd. Czasem zastanawiałem się czy są w nim jeszcze jakieś ludzie uczucia. Później jednak dochodziłem do wniosku, że dobrze wiedział, że chłopaki nie odwróciliby się przeciwko mi gdyby doszło do jakiegoś konfliktu między nami.
Omówiliśmy jeszcze parę spraw i Greg wyszedł. Czekała już na jego obstawa. Mimo że mieliśmy wspólne cele i interesy - była różnica między nami. On po czterdziestce bogaty, wpływowy. Garniturek, piękne kobiety, drogi samochód i interesy. My z biednych często patologicznych rodzin służyliśmy mu i jego wspólnikowi Steven'owi do 'sprzątania', zastraszania ludzi którzy mieli z nim na pieńku i napadów. Dobrze wiedział, że nie mamy gdzie pójść. Niektórzy próbowali sobie dorabiać - ale hajs od niego za zlecania starczał przeważnie na wszystko.
Mogłem za niego żyć na jakimś tam poziomie i kupować drogie lekarstwa babci - ze swojej drobnej emerytury ledwo starczało jej na rachunki.
- Jesteś tam? - Matt pomachał mi przed twarzą ręką.
Skinąłem głową.
- Sory, trochę odjechałem.
- Chodźmy na dół - Matt poklepał mnie po ramieniu i skierował się ku schodkom.
Co prawda miałem jeszcze skoczyć dziś do babci, ale chwila w dobrym towarzystwie jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Na 'dole' mieliśmy swoje małe lokum. Ogarnęliśmy tam parę mebli, stół do bilardu, telewizor nawet przenośną lodówkę. Spędzaliśmy tam sporo czasu.
- W piątek jest melanż w dzielnicy za rogiem - oznajmił mi Damien - Idziesz?
- E, nie wiem - mruknąłem i rozłożyłem się wygodnie na fotelu - Na ostatnim za dużo było tych snobów z bogatych domów.
- No taak, ale wiesz, że to było u mojej laski.
- Dalej z nią jesteś? - spytałem lekko zdziwiony.
Damien wzruszył ramionami.
- Na razie mi to pasuje. Ta mała jest całkiem fajna. Zaczyna mi się trochę podobać coś takiego.
Parsknąłem śmiechem.
- Czyżby Damien, wieczny podrywacz się zakochał?
- Ale ja n..
- Kto się zakochał kto się zakochał? - do środka wpadł Johny z szerokim uśmiechem, lekko już na haju.
Damien rzucił mi surowe spojrzenie, a Lucas przyglądał się temu wszystkiemu rozbawiony. Reszta chłopaków słysząc pytanie Johny'ego podeszła bliżej nas.
- Ty się zajmij lepiej swoimi miłościami Morrissey - warknął lekko już zirytowany Damien. Znałem go aż za dobrze i wiedziałem jaki ma wybuchowy charakter.
Johny chyba też to zauważył, bo odparł beztrosko.
- Damien, dobrze wiesz, że moją jedyną miłością jest tylko on - i podniósł bata do góry zaciągając się nim z lubością.
Lekkie napięcie od razu się rozładowało. Uśmiechnąłem się pod nosem i oparłem o ścianę. Miałem parę spraw do załatwienia na dniach i musiałem wszystko poukładać sobie w głowie/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz