czwartek, 30 listopada 2017

Od Alexiene

  Po  przyjęciu ludzi z wypadku samochodowego na moście dostałam do opieki małą dziewczynkę. Miała zdaje się złamaną rękę i do nikogo się nie odzywała. Kucnęłam przy niej i spojrzałam na nią, jeśli ma złamanie gdziekolwiek to powinna zwijać się z bólu, tym bardziej, jeśli to tak młodziutka osoba.
-Cześć, jestem Alexiene... - uśmiechnęłam się do niej. - Jesteś tu sama bez rodziców?
  Rozmawiając z nią, a raczej sama ze sobą, bo nie była zbyt rozmowna, podawałam zastrzyk znieczulający. Zawołałam Victora, był ortopedą dziecięcym. Świetnie sobie radził z dziećmi, uśmiechnęłam się obserwując jak świetnie dziewczynka się przed nim otworzyła.
-Ile masz lat? - spytał uśmiechnięty Victor.
-Pięć. - odparła ze łzami w oczach.
-Jesteś niesamowita, wiesz?
-Wiem. - odparła całkiem rozluźniona.
  Ściągnęłam brwi. To przecież nie złamanie, nie ma siniaka, znacznego śladu, wybitej nawet kości prawej ręki.
-Poradzisz sobie chwilę? Ja muszę coś sprawdzić.
-Jasne, damy radę.
  Wsadziłam dłonie do białego kitla i podeszłam do listy lekarzy. Kto przyjmował...?
-Mark... - szepnelam do siebie.
  Podeszłam do niego gdy obserwował jak przyjmuje doktor Bielska.
-Możesz ze mną? - spytałam go a ten Spokojnie podazyl za mna.
-Mozesz mi wyjasnic dlaczego postawiles zla diagnoze tej dziewczynki ze "zlamana prawa reka"?
-Jak to zla? Przeciez...
-To stluczenie. Ma jedynie lekko rozciety policzek, skad wzielo sie zlamanie?
-Bylem pewny,ze...
-Na bloku tez bedziesz taki pewny a potem zrobisz z kogos inwalide. Nastepnym razem zglosze to pani ordynator..
  Odwrocilam sie na piecie a za soba uslyszalam jeszcze glos Marka.
-Uwazaj co komu mowisz. - spojrzalam na niego uwaznie.
-Co to mialo znaczyc?
-Nie pchaj nosa tam gdzie nie powinnas.
  Odszedl.

   Wracalam poznym wieczorem do domu po skonczonym dniu w pracy. Przechodzilam obok cmentarza, lezal tam moj ukochany dziadek,Jednak no bylam na jego grobie od 7 lat. Dlaczego...? Bo nie umialam przebolec utraty kogos. Robil kariere, znienawidzony z wzajemnoscia przez mojego ojca I matke stal sie biznesmenem na wielka skale. Jednak DLA mnie był wzorem I idealnym dziadkiem. Wraz z babcia mnie wychowali od 2 do 10 roku zycia Bo rodzice podobno nie byli w stanie... Jednak ja wyparlam z siebie te wspomnienia.
  Tesknie za dziadkiem... Nie znalezli jego ciala jednak nadzieja ze zyje przepadla. Osoba publiczna jak on nie znika bez sladu.
  Wpadlam na dzirwczyne ktora akurat ignorowala zlosliwe wulgarne komentarze jakis chloptasiow.
-Przepraszam... - wymamrotala.
-Nic sie nie stalo... zaraz... Maddie? - przyjrzalam sie jej blizej.
-Skad Znasz moje imie?
-Alexiene, pamietasz? - zasmialam sie.
-Nie.. Alex Paul?!
  Przytulila mnie.
  Wieki jej nie widzialam. Kiedy ja bylam w szkole w ostatniej klasie kiedys wylalam na nia kawe gdy jakis chlopak mnie potracil celowo. Przeprosilam ja a chlopak przyczepil sie do mnie. Maddie stanela w mojej obronie. Od tamtej pory do konca szkoly bylysmy bliskimi przyjaciolkami. Potem... Coz... Kontakt sie urwal gdy wyjechalam do Londynu na Studia I wrocilam tu by pomoc rodzinie... Cieszylam sie, ze ja widze...

środa, 29 listopada 2017

Od Alexiene

Jak co rano - wstałam i w szybko się ubrałam.Zbiegłam na dół, tam były już ubrane dzieci. Scott i Hannah siedzieli przy stole i jedli śniadanie pod czujnym okiem mamy. Pocałowałam ją w policzek a tatę przytuliłam siedzącego tyłem zajęty gazetą.
-Pamiętasz, że dziś o 16 musisz odebrać dzieci z przedszkola? - spytała mama.
-Przecież mam pracę... - zaczęłam jednak zahamowałam się. - dobrze, wezmę je do pracy...
-Mówiłam ci to wczoraj, Jane... - mruknęła mama. - Wiem, że masz pracę... ale my nie weźmiemy ich do sklepu...
   Ja tym bardziej do pracy... - pomyślałam.
-Tato zawieziesz mnie czy mam dzwonić po taksówkę? - spytałam łapiąc rogala z czekoladą w rękę.
-Pewnie, ubieraj się, ja jestem gotów.
  Uśmiechnęłam się i z ulgą pospiesznie wyszłam do auta taty.
  Zanim wyszedł oczywiście minęło parę ładnych minut, jednak pojawił się i szybko wystartował z podjazdu. Tata był świetnym kierowcą, kiedy trzeba jechał szybko, kiedy nie - wolno. Kiedyś był policjantem, jednak go wyrzucili. Do tej pory nie wiem dlaczego...

  Spóźniona o pięć minut na obchód weszłam do pokoju pacjenta który aktualnie był na liście. Ordynator spojrzał na mnie podirytowany i kontynuował.
-Znów spóźniona... nie masz wcześniej autobusu? Co z taksówką? - spytał Mark.
  Przemilczałam to. Mark jeszcze nie dał sobie ze mną spokoju. Nie odpuszczał, notorycznie do mnie wydzwaniał i zaczepiał w pracy, pomagał i nalegał bym była z nim w grafiku. Jednak odmawiałam, wiedziałam, że to nigdy nie był dobry pomysł. Zawsze byłam zapisana na operacje z ordynatorem i Susanne.
-Paul, pozwól do mnie. - usłyszałam za plecami głos ordynatora od razu po obchodzie.
  Jednak weszli wszyscy którzy aktualnie byli na stażu. Usiedliśmy przy tym samym stole co zawsze i patrzyliśmy na niego w oczekiwaniu.
-Ktoś stąd wyleci. Niektórzy są zbyt pewni swojego sukcesu, ale to moment, kiedy powinienem jednego odpalić.  - wszyscy spojrzeli po sobie. - Nie lubię tych momentów, trudno mi rozstać się z tak bardzo dobrze zapowiadającymi się chirurgami, jednak muszę z przykrością stwierdzić, że odpada Denis.
  Denis spojrzała na nas wszystkich ze łzami w oczach. Na mnie, jakby z wyrzutami. Nigdy mnie nie lubiła, uważała, że nie zasługuję na to miejsce w tym szpitalu. Jednym z lepszych w kraju i najlepszymi lekarzami. A jednak, zbyt pewna siebie - odeszła.
Wszyscy odetchnęli z ulgą.
  Do pokoju weszła zniecierpliwiona pielęgniarka, i wydyszała.
-Karambol na centralnej...
  Wszyscy się poderwaliśmy i zeszliśmy na parter gdzie było mnóstwo osób poszkodowanych. Niektórzy złamanie z przemieszczeniem, niektórzy otwarte, na takie rzeczy patrzyłam z trudem. Moje nerwy nie były na to przygotowane. Jednak jestem tutaj, zaszłam daleko... musiałam to przejść... dla rodziców.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Od Maddie

Dokręcałam alternator kiedy nagle ktoś krzyknął zaraz za moimi plecami.
-Maddie!!!
-Cholera!!-wrzasnęłam kiedy uderzyłam się w palec.-Sam co chcesz?!
-A tak sprawdzałem czy jesteś-powiedział przechodząc obok mnie.
-Niech Cię diabli. 
-Ok, w piekle są najfajniejsze dziewczyny.-mrugnął do mnie.
-Matko ty masz dopiero 16 lat...-przewróciłam oczami. 
-Mniejsza, masz gościa.
-Ja?
Spojrzałam w stronę domu i zobaczyłam tam nie kogo innego jak Mike'a. 
-Miki!-pobiegłam i wpadłam mu w ramiona. 
Zrobił ze mną pełny piruet po czym postawił mnie na ziemi
-Znowu uciapiesz mnie smarem
-Rzeczywiście, może najpierw się wykąpie. 
-Nie żebym marudził.. lubię Cię i taką.
-Lubisz? Kochaniutki ty mnie ubóstwiasz-pacłam go z łokcia w bok.
-No tak..
Szybki prysznic i byłam już gotowa do wyjścia.
-Gdzie idziesz? Cześć Mike.-dopadł nas tym razem mój starszy brat wchodząc do domu.
-Gdzie z tymi buciorami? Sprzątałam cały ranek. Obiad masz na kuchence, był dziś koleś od światła. Tata jest u Roba a Sam gdzieś polazł, mam nadzieje że w poszukiwaniu rozumu. Wrócę około północy nie czekajcie z kolacją.-odparłam wychodząc wraz z przyjacielem z domu.
-Podziwiam Cię. Sama z tym wszystkim..
-Nie narzekam. Gdzie mnie zabierasz?
-Na obiad do mnie. 
-Co twoja mama upichciła?
Mike był moim najlepszym przyjacielem od piaskownicy. Był dla mnie jak brat i to bliźniak mimo iż różniliśmy się niemiłosiernie. Jego rodzice byli bogaci, prowadzili własne firmy a mimo to nie wychowali go na typowego banana. Lubili mnie i nie mieli nic przeciwko naszej przyjaźni mimo iż ja nie pochodziłam z tak bogatego domu jak mieli oni. 
-Jeszcze nie wiem, mam nadzieje że będzie Ci smakowało.
-Słuchaj mi zawsze smakuje kuchnia twojej mamy!!-zaśmiałam się.

Podobny obraz

***

Późnym wieczorem wracałam od Mike sama do domu. Chciał mnie odprowadzić ale zabroniłam mu. Chciałam pobyć trochę sama. Zresztą zamierzałam jeszcze wstąpić w odwiedziny do mamy. 
Kiedy przeszłam drogę i skierowałam się w przeciwną stronę niż mój dom minął mnie samochód. Muzyka dudniła już zanim było można go zobaczyć. Samochód zatrzymał się z piskiem i na wstecznym podjechał do mnie. Uchyliły się szyby.
-Malutka powieść Cię?
-A oberwać chcesz?
-Ostra, lubię takie. 
-A ja nie lubię takich oblechów jak ty. Przykro mi... a nie jednak nie. 
Ruszyłam szybciej mając nadzieję że odjadą. Niestety tak się nie stało.
-Czego chcecie?-zapytałam wkurzona,
-Co taka pyskata ślicznotka robi tu sama o tej godzinie?
Żałowałam że rodzinny grobowiec znajdował się na cmentarzu w tej gorszej części miasta. Zawsze było tu pełno takich mend. 
Olałam ich komentarze i włączyłam muzykę w słuchawkach. 

Od Tony'ego

Kończyłem palić papierosa gdy poczułem jak coś ociera mi się o kostkę. Instynktownie odskoczyłem i sięgnąłem ręką do paska od strony pleców. W tym samym momencie zauważyłem dwa żółte ślepia wpatrujące się we mnie z dołu. Moim małym napastnikiem okazał się kot.
Kucnąłem i podrapałem go za uchem. Był strasznie wychudzony jak większość zwierząt w tej okolicy.
- Nie mam nic do jedzenia - westchnąłem. Sam nic nie jadłem cały dzień - aczkolwiek wynikało to bardziej z braku czasu niż z braku posiadania pożywienia.
Kot wpatrywał się dalej we mnie uporczywie. Poirytowany podniosłem się.
- No przecież mówię ci że nic nie mam - mruknąłem - Zmykaj stąd.
Odwróciłem się na pięcie, dogasiłem papierosa i ruszyłem w stronę magazynu. Parę minut i znalazłem się w środku.
- I jak? Nasz drogi przyjaciel zrozumiał przez telefon czy mamy go odwiedzić osobiście? - spytał od razu szef.
Oparłem się o taśmę obok Damien'a.
- Nie robił wielu problemów. Całą kwotę dostarczy do wtorku wieczorem.
- Poinformowałeś go co się stanie jeśli nie dotrzyma umowy?
Skinąłem głową.
- Szkoda by było takich uroczych dzieci - mruknął z uśmieszkiem szef.
- I żonki - parsknął Damien. Reszta mu zawtórowała, choć ja akurat nie widziałem w tym nic śmiesznego.
Miałem jedną świętą zasadę. Matek i dzieci nie dotykałem. Greg dobrze o tym wiedział. Mimo, że jako szef mógł na mnie wymusić, abym odszedł od tej zasady, nie zrobił tego dotąd. Czasem zastanawiałem się czy są w nim jeszcze jakieś ludzie uczucia. Później jednak dochodziłem do wniosku, że dobrze wiedział, że chłopaki nie odwróciliby się przeciwko mi gdyby doszło do jakiegoś konfliktu między nami.
Omówiliśmy jeszcze parę spraw i Greg wyszedł. Czekała już na jego obstawa. Mimo że mieliśmy wspólne cele i interesy - była różnica między nami. On po czterdziestce bogaty, wpływowy. Garniturek, piękne kobiety, drogi samochód i interesy. My z biednych często patologicznych rodzin służyliśmy mu i jego wspólnikowi Steven'owi do 'sprzątania', zastraszania ludzi którzy mieli z nim na pieńku i napadów. Dobrze wiedział, że nie mamy gdzie pójść. Niektórzy próbowali sobie dorabiać - ale hajs od niego za zlecania starczał przeważnie na wszystko.
Mogłem za niego żyć na jakimś tam poziomie i kupować drogie lekarstwa babci - ze swojej drobnej emerytury ledwo starczało jej na rachunki.
- Jesteś tam? - Matt pomachał mi przed twarzą ręką.
Skinąłem głową.
- Sory, trochę odjechałem.
- Chodźmy na dół - Matt poklepał mnie po ramieniu i skierował się ku schodkom.
Co prawda miałem jeszcze skoczyć dziś do babci, ale chwila w dobrym towarzystwie jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Na 'dole' mieliśmy swoje małe lokum. Ogarnęliśmy tam parę mebli, stół do bilardu, telewizor nawet przenośną lodówkę. Spędzaliśmy tam sporo czasu.
- W piątek jest melanż w dzielnicy za rogiem - oznajmił mi Damien - Idziesz?
- E, nie wiem - mruknąłem i rozłożyłem się wygodnie na fotelu - Na ostatnim za dużo było tych snobów z bogatych domów.
- No taak, ale wiesz, że to było u mojej laski.
- Dalej z nią jesteś? - spytałem lekko zdziwiony.
Damien wzruszył ramionami.
- Na razie mi to pasuje. Ta mała jest całkiem fajna. Zaczyna mi się trochę podobać coś takiego.
Parsknąłem śmiechem.
- Czyżby Damien, wieczny podrywacz się zakochał?
- Ale ja n..
- Kto się zakochał kto się zakochał? - do środka wpadł Johny z szerokim uśmiechem, lekko już na haju.
Damien rzucił mi surowe spojrzenie, a Lucas przyglądał się temu wszystkiemu rozbawiony. Reszta chłopaków słysząc pytanie Johny'ego podeszła bliżej nas.
- Ty się zajmij lepiej swoimi miłościami Morrissey - warknął lekko już zirytowany Damien. Znałem go aż za dobrze i wiedziałem jaki ma wybuchowy charakter.
Johny chyba też to zauważył, bo odparł beztrosko.
- Damien, dobrze wiesz, że moją jedyną miłością jest tylko on - i podniósł bata do góry zaciągając się nim z lubością.
Lekkie napięcie od razu się rozładowało. Uśmiechnąłem się pod nosem i oparłem o ścianę. Miałem parę spraw do załatwienia na dniach i musiałem wszystko poukładać sobie w głowie/