wtorek, 19 grudnia 2017

Od Alexiene

  Obudził mnie stukot małych stópek mojego młodszego rodzeństwa. Chcichrały się, że słychac ich było przed domem. Słyszałam, że mama coś smaży, a tata prawdopodobnie przygotowuje ogródek do porannego śniadania.
  Spojrzałam na kalendarz, tak jak sądziłam. Niedziela, więc mogę poleżeć dłużej z racji wolnego dnia od pracy. Zwlokłam się z łózka i spojrzałam na zegarek na szafce nocnej.
  Już 14.30?!
  Poderwałam się na równe nogi i napisałam do Maddie, że dopiero wstałam i chyba kac rozłożył mnie do wpół do trzeciej...!
  Zeszłam na dół ogarnięta i spojrzałam do kuchni. Pusto, a na zewnątrz rodzice nakrywali do stołu. Usmiechnęli się do mnie, tata poklepał po ramieniu i przeszedł obok w stronę salonu.
-Aż tak zabalowałas, że trzyma Cię do teraz. - skomentował jeszcze przez ramię.
  Najgorsze było to, że mało co pamiętałam. Szaleństwa z Maddie, niektóre chwile gdy ujrzałam Dany'ego...
  Reszta okazała się być jedną wielką czarną dziurą.
  Usłyszałam telefon na blacie w kuchni. Zignorowałam go, chciałam pomóc rodzicom. Zajmując się Scottem i Hannah.
-Wiesz, co się dzieje z Zac'em? - spytała zmartwiona mama.
-Nie mam z nim kontaktu, jak wiesz.
-Ale dlaczego? Przecież dogadywaliście się świetnie...
-To przeszłość mamo. Nie wiem co się z nim dzieje, tyle mogę Ci w tym temacie powiedzieć.
  Usmiechnęłam się do Scotta i Hannah bawiących się zabawkami na podwórku a mama spuściła głowę, westchnęła i odeszła.
  Przy obiedzie nikt nic się nie odezwał, jedynie dzieciaki co chwile coś mamrotały do siebie pod noskiem.
-Wyjeżdżamy z mamą do Seattle. - oznajmił nagle tata. - Jedziemy do Zaca.
-To jedźcie.
-Nie chcesz jechac z nami?
-Nie. Podziękuję. - odparłam poddenerwowana.
  Nie rozmawiałam z nimi o moim bracie. Był rok starszy a głupi jak but. Od chwili gdy nawalony i naćpany pobił mojego przyjaciela bez powodu, i uciekł do Seattle przed policją. No i nigdy nie wracał, odzywał się do mamy i taty, do mnie przez jakiś czas próbował... ale chyba się domyślił o co chodzi.
-Bierzecie dzieciaki? Ja nie będę mogła wziąć wolnego jutro. - oznajmiłam po chwili.
-Tak, weźmiemy. - odparła oburzona mama.
  Zignorowałam jej zachowanie. Nie ruszały mnie jej fochy. Już nie.
 
  Gdy rodzice wyjechali poszłam do sklepu, obok którego Dany mieszkał. Nie, że specjalnie tam poszłam, bo był najbliżej mojego osiedla... jednak w środku miałam nadzieję, że go spotkam.
  Ktoś popukał mnie w ramię, obejrzałam się, i zobaczyłam jego.
  Powstrzymałam uśmiech pełen radości.
-Dzwoniłem.
-Skąd masz mój numer? Nie przypominam sobie, żeb...
-Podawałaś go w klubie.
-Nie prawda, pamiętałabym.
  Wzruszył ramionami.
-Widocznie masz słabą głowę. - uśmiechnął się lekko w moją stronę.
  Zabrałam zakupy i wyszłam ze sklepu.
  Dogonił mnie - tak jak zakładałam.
  Co się ze mną dzieje...? Sama siebie nie poznaję.
  Odprowadził mnie kawałek, a w między czasie rozmawialiśmy na temat jego młodszego brata siedzącego w szpitalu.
-Myślisz, że wyjdzie z tego?
-Robimy co w naszej mocy.
  Zobaczyłam jego skruszenie, mimo swobodnej miny bez wyrazu, więc zmieniłam temat niezdarnie na jakikolwiek.
-Ile Ty właściwie masz lat?
-Wystarczająco dużo.
-Co to znaczy 'wystarczająco dużo'?
  Uśmiechnął sie tylko niezrozumiale, a moje dalsze pytania ignorował. Doszliśmy do mojego domu, a ja dalej milczałam.
-Na razie.
  Zwykłe na razie... ? Matko, zrób coś, zanim pójdzie...
  Jednak taka nieśmiała, zabunkrowana w sobie dziewczyna nie potrafi zatrzymac faceta czymkolwiek. Nawet otworzyć buzi.
  Nie czułam do niego nic, po prostu... ciągneło mnie do niego.
 
  Maddie wpadła do mnie na chwilę wieczorem i nakłoniła mnie bym do niego po prostu przyszła niezapowiedzianie. Nie chciałam się zgodzić, przekonana że ten pomysł jest bez sensu. Narzucac się facetowi... matko... ale ona wyciągnęła mnie z domu i podwiozła pod samo jego budynek mieszkalny. Zła patrzyłam na nią z politowaniem jednak ona z bananem na twarzy wypchnęła mnie z auta i wprowadziła do środka. Potem się ulotniła. Powiedziała, że jeśli zobaczy, że wychodze, to mnie zamorduje.
  Groźby są karalne, następnym razem ją nagram... - pomyślałam.
  Zapukałam do drzwi i usłyszałam ''proszę''. Weszłam powoli, walcząc sama ze sobą.
Ujrzałam jego i jakiegos kolesia. Dosłownie nie wiedziałam, czy płakac, czy się śmiać.
  Bez koszulek.
-Sorry... ehm... Że przeszkodziłam...
-Siadaj. - mruknął jakby zły Danny przeczesując włosy.
-Nie...
-To nie tak jak myslisz. - tłumaczył się jego roześmiany kumpel. - Jestem jego starszym bratem.
-Ile ty masz braci do cholery? - spytałam rozbawiona.
-Dwóch. To jest Kayn. Przyjechał tu jak tylko dodzwoniłem się do niego, że Billy źle wygląda.
-Aha... a... czemu... bez koszulek...?
  Kayn roześmiał się a Dan spojrzał na mnie nadal na coś zły.
-Są tu dwie łazienki, bralismy prysznic, to wszystko.
-Myślałaś, że ja i on... bleeee... staryyyy... - Kayn obrucił się i wstrząsnął.
-Sorry...
-Ubiorę się i wyjdziemy. - odezwał się Dan.
  W końcu wyszliśmy, nie tylko z mieszkania ale i z tej głupiej sytuacji. Poszliśmy do mnie, z racji tego, że miałam wolny dom.
-Czemu jesteś zły? -spytałam prosto z mostu.
-Martwię sie o brata i mam dużo spraw do pozałatwiania.
-Jakich?
-A wiesz... mam... parę spraw... - ciągnął powoli patrząc na mnie dziwnie.
  Zamilkłam.
-Co? - spytałam, sięgając wino z półki. - Chyba lubisz wino? Nic innego nie mam...
-Przeżyje. - uśmiechnął się tajemniczo.
  Zestresowana nalałam do szklanek wina i usiadłam z nim na swojej kanapie w pokoju. Miałam o dziwo porządek, zaścielone łóżko, posprzątane na kanapie...
 
  Po czasie kompletnie się nawaliłam, a on  zdawał się być trzeźwy w zupełności. Jednak nie umiałam się powstrzymac od pocałowania go, on zrobił to pierwszy - ku mojego zaskoczeniu. Serce waliło mi jak oszalałe, powoli traciłam kontrolę nad wszystkim. Zdjęłam mu koszulkę, nie przestawaliśmy.
  Rzucił mnie na łóżko, rozpiął pasek.
  Czy tego naprawdę chciałam... ?  Raczej tak... od jakiegoś czasu chciałam czegoś więcej, ale był na tyle tajemniczy, że...
  Mimo wszystko, nadal go chcę... nie tylko w ten sposób...

środa, 13 grudnia 2017

Od Maddie

-Do zobaczenia!!!-krzyknęłam do Alex i Dany'ego.
Otworzyłam drzwi od domu i jak złodziej po cichu weszłam. Było południe!! Niestety w kuchni był tata z Karolem.
-Gdzie to się było?-zapytał tata popijając kawę.
-I z kim? Kto Cię przywiózł?
-Niczego nie żałuję!-odrapałam szybko i pobiegłam do siebie do pokoju.
Rzuciłam się na łóżko i uśmiechnęłam się. Dawno się tak dobrze nie bawiłam!
Od razu wzięłam telefon do ręki i napisałam do Alex.


"Kiedy powtórka? 💋💃

"Jak odeśpię 💤💪"

"Jesteś jeszcze młoda! Wyśpisz się na emeryturze 👵 "

"Trzeba jej dożyć najpierw 👻💀

"Dobry ten Dany.. Bierz się! 💘💏 "

"Coś ty, mam nadzieję że szybko go nie zobaczę 🙈👀 "

"Fajny jest 👦👌 "

"Nie jest to Ciekawy typ 👎😫 "

"Od nienawiści do miłości.. 😍😍 "

"Spadaj 😅 "

Uśmiechnęłam się do telefonu. Zrobiło mi się niedobrze. Szybko pobiegłam do łazienki. Klęcząc pod kiblem nadal trzymałam się wersji że niczego nie żałuję.

*  *  *  *

Wieczorem jechałam z bratem w umówione miejsce gdzie miały byś dostarczone trzy samochody na sprzedaż. Miałam nadzieję że jak zwykle pójdzie wszystko po naszej myśli. Nigdy jeszcze nie odbierałam kradzionych samochodów ale wiedziałam że ludzie od których mój brat bierze auta nie są za sympatyczni. Zawsze jak Karol jechał się z nimi spotkać miałam nadzieję że wróci w jednym kawałku. Bałam się że kiedyś może się to zmienić.
Zaparkowaliśmy na parkingu pod lasem. Były tam już cztery samochody a trzy z nich mieliśmy zabrać. Ja Karol i jego kumpel wysiedliśmy a nasz kierowca odjechał. Poczułam się bezbronna. Na piechotę nie dalibyśmy rady im uciec. Niebezpieczni goście wysiedli z samochodów. Karol pierwszy do nich doszedł.
-A ta to kto?-burknął jeden w moją stronę.
-Moja siostra.
-Miało nie byś nowych.
-To ona podrabia rejestracje i papiery. -odparł mój brat.
Dopiero teraz kiedy typ przestał się na mnie patrzeć jakby miał mnie zaraz zabić uświadomiłam sobie że przestałam na chwilę oddychać.
Schowałam ręce do kieszeni bluzy i obserwowałam wszystkich. Zobaczyłam że nasi sprzedawcy mają przy sobie broń. Nie uspokoiło mnie to. Poczułam się jeszcze bardziej zagrożona.
-To tak jak wszystko uzgodniliśmy. Po sprzedaży aut dzielimy się pół na pół.
-Zmiana planów. Tylko 45% dla was. My załatwiamy auta. Wy macie gotowe prawie wszystko.
Zaczęłam się modlić o to by Karol nie wszedł z nimi w dyskusje.
-My też ryzykujemy. Pół na pół albo nie bierzemy aut.-odparł pewnie mój brat.
Ten typ przymrużył oczy.
-Sporo ryzykujesz ale dobra. Tym razem jeszcze pół na pół ale nie dajemy wam już takiej ochrony.
-Sami o siebie potrafimy zadbać. -odparł mój brat.
Dali mu kluczyki i umówili się na przekazanie kasy. Kiedy odjechali każde z nas wsiadło do jednego samochodu i odjechaliśmy. Kiedy już byłam sama i jechałam prosto do garaży odetchnęłam z ulgą. Mogło to wszystko się inaczej skończyć a przynajmniej miałam takie wrażenie.

Znalezione obrazy dla zapytania samochód noc prędkość gif

Po zostawieniu samochodu w bezpiecznym miejscu pożegnałam się z Karolem i jego kumplem.
-Może jednak wrócisz z nami?
-Przejdę się. Nie jest daleko. -odparłam.-Zadzwonię jeszcze do Mike. -odparłam z uśmiechem.
Wiedziałam że do końca spacer o 2 w nocy nie był dobrym pomysłem le chciałam się przewietrzyć.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Od Alexiene

  Impreza trwała w najlepsze. Tak mogłam żyć, tak jak powinnam w tym wieku i wybawić się za wszystkie możliwe czasy. Nie myślałam, jak będę wyglądała w pracy, co powiedzą w pracy... niczym się nie przejmowałam. Gdy piłyśmy drinka z DJ'ami nie sądziłam, że z bliska będą jeszcze przystojniejsi! Faza robiła się większa, procenty z każdą minutą wzrastały a nam było mało.
  Dopiero gdy zaczęłam przegryzać wargi i język zapaliła mi się czerwona lampka. Weszłam do łazienki, spojrzalam w lustro. Wszystko było fajne, nawet głupia mydelniczka wydawała się super. Wszystko miało inne kolory, moje oczy pląsały na lewo i prawo a ja traciłam kontrolę nad własnym ciałem. Chciałam wejść po ścianie na sufit i tańczyć do góry nogami.
  Ktoś mnie trafił. W drinku coś było. Ktoś coś dorzucił.
-Tu się podziałaś! - usłyszałam głos Maddie, jakby odbijał się echem.
-Kurde... - mruknęłam sama do siebie.
-Co? - zaśmiała się przyjaciółka.
-W sumie... to nic! - parsknęłyśmy obie.
  Usiadłam na umywalce i spoglądałam co chwile na wchodzące obce mi klubowiczki.
-Ale wyglądasz...! - krzyknęła Maddie.
-Ty to nie?!
-Widziałaś tego przystojniaka?
-Jest ich tu zbyt wielu! Poza tym... ja... się... nie ogląąądammm... za mężczyznami... - dodałam przeciągle.
-A powinnaś! Spodobałaś się chyba Hubertowi... to ten DJ, brunet...
-Nie,nie,nie! Żadnych facetów! Chodź się bawić...!
  Wyszłyśmy z łazienki, trzymając Maddie za dłoń podbiłyśmy do baru i zamówiłyśmy drinka. Barman - Kaka - był nieziemski. Albo... może... mi sie wydawało?
  Zaśmiałam się sama do siebie a za mną Maddie, jakby odczytała moje myśli.
  Chwiejnie wypiłam drinka a przyjaciółka równo ze mną. Przybiłyśmy sobie piątkę i poszłyśmy dalej rządzić na parkiecie.
  Gdyby nie ta dziwna grupa chłopaków stojąca przed klubem gdy ja i Maddie wyszłyśmy na papierosa nie martwiłabym się o nas. Dwie ostro porobione, bezbronne dziewczyny w klubie pełnym porobionych facetów myślących penisami.
-Przystojniacha jak ta lala.... - mruknęła Maddie jakby do siebie.
  Podążyłam za jej wzrokiem.
-O nie,nie, od tych panów z dala. Wydają się podejrzani.
-Chodź do nich! - poprosiła podekscytowana.
  Odpaliłam niezdarnie papierosa prawie się podpalając zapałkami i jednak uległam słodkim oczkom przyjaciółki.
-Hej! Podeszłyśmy bo jakoś dziwnie mnie obserwujesz..
-Tak się składa, że to ty mnie obserwujesz. - odparł jakby obojętnie.
  Zaintrygował mnie, jednak nie dałam się na to złapać.
-Ja tam widziałam jak na nią potajemnie zerkasz. - skomentowałam dumnie.
-Ale porobione... dawaj, weźmy jedną...
-Albo dwie... - dodał drugi koleżka.
  To co miałam w drinku działało jak cholera, jednak nie dałam się ponieść emocjom i fantazji.
  Wcale nie są przystojni i wcale nie wyglądają zabójczo.
-Maddie, chodź... - pociągnęłam ją za rękę.
-Nie chcę, pogadam sobie z kolegami... Idź jak chcesz.
-Oszalałaś! - krzyknęłam wściekła. - Idziemy. Koledzy mogą iść z nami.

  W klubie było coraz lepiej i goręcej. Muzyka była coraz lepsza a ja i Maddie nie przestawałyśmy pić i palić. Palić - dosłownie wszystkiego, co się dało. Ci nowi mieli różne rzeczy które widziałam pierwszy raz na oczy. Impreza nabierała tępa, chciałam już się położyć spać, jednak gdy do loży VIP przyszli nowi koledzy naszych nowych kolegów zrobiło mi się słabo.
  Czemu?
  Z nimi zjawił się ten nieznajomy od pacjenta Billy'ego ze szpitala.
-Czeka na ciebie przy barze. - mruknął jeden z nich, przy którym siedziała Maddie.
  Głównie rozmawiała ze mną, zgrywając niedostępną. Jednak ja byłam ciekawa jednej osoby. Podążyłam za nim, przepychając się ze środka kanapy. Miałam wrażenie, że macali mnie po nogach a nie stać ich było na wyższe kroki. Cieszyłam się, bo nie wiem, czy byłabym w stanie zareagować, tym bardziej, że ledwo co chodzę o własnych nogach.
  Podejrzałam co robi ciekawy nieznajomy.
-Nie sądziłem, że sprawy przyjmą taki obrót. Mieliście załatwiac swoje sprawy bez ofiar w grupie. - mówił starszy mężczyzna.
-Niestety akcje takie jak ta trudno przechodzą bez ofiar.
-On musi zginąć, wiesz o tym?
  Cisza.
-Co takiego? - spytał nieznajomy, nie za bardzo wiedząc o co mu chodzi.
-Billy. Musi zginąć. Twój ojczulek nie zatuszuje sprawy przed psami a jak twój brat się wybudzi to albo wyląduje w pierdlu albo wszystko o nas wyśpiewa.
-Nie wyda nas, Harry.
-Drogi Danie, myślisz, że twoje ręczenie za niego cokolwiek zmieni? - zaśmiał się.
-Chłopaki mają świadomość, co ich czeka jeśli wybiorą takie życie. Ty też wiedziałeś jak i Billy. Napij się. - uśmiechnął się do niego.
  Dan złapał w ręce kolejkę i wypił wszystko do dna bez przerwy i skwaszenia na twarzy, popił parę tabletek i wstał od stołu. Wróciłam na swoje miejsce, gdzie Maddie wyraźnie się zmartwiła moją nieobecnością.
-Gdzie ty byłaś?!
-W łazience... - odparłam, chcąc usiaść jednak zachwiałam się i upadłam tracąc przytomność.

   Obudziłam się w obcym łóżku i obcym miejscu. Nic nie pamiętałam, w głowie tylko miałam urywki świetnej zabawy z Maddie a potem... dziura.
  Obok mojego łózka siedział ktoś mi znany... Obraz dochodził do siebie powoli, a ja ujrzałam nagle Dana, który był tam przecież! Ze mną i Maddie!
  A on tylko się mi przyglądał.
-Co ty tu do cholery jasnej robisz? I gdzie ja jestem? I gdzie Maddie?!
-Spokojnie... - podał mi herbatę. - Napij się. Twoja przyjaciółka jest w drugim pokoju. Chłopaki pomogli mi ją dostarczyć.
-Gdzie, kurna, dostarczyć?! - zadławiłam sie prawie herbatą.
-Do mnie...- westchnął. - Mieszkam w centrum, wynajmuję tu apartament. Wczoraj jeden z DJ'ów podał wam tabletkę...
-Boże, gwałtu...? - szepnęłam.
  Dan zaśmiał się.
-Nie... cholera, aleś ty męcząca... - skomentował moje zachowanie, na co zamilkłam. - Tabletkę, która nazywa się prościej... dopalaczem. Są różne odmiany, ty dostałaś tę lżejszą ale pokopało was ostro. Ale ten typ został szybko naprostowany przeze mnie i kolegę po ''fachu''.
-Boże... gdzie Maddie...?
-Pokój obok.
  Umierająca, chwiejnym krokiem podążyłam do pokoju gdzie była przyjaciółka. Weszłam, a ona zerwała się po moim pytaniu na wejściu.
-Boże, jak się czujesz? Co za impreza....
-Szczerze... nawet nieźle... - westchnęła i spojrzała na mnie.
-Co..? Gadaj!
-Nic! Nic sie nie wydarzyło...! Po prostu... podoba mi się ten chłopak... Wiesz... ten...
-Oni są podejrzani, powinnyśmy się zwijać...
-Masz rację... eh... mam tyle spraw...
-Mi łeb pęka...
-A mi brzuch zaraz się zapadnie z głodu...

  Zeszłyśmy na dół, obok był bar i sklep w jednym. Od razu wzięłam masę chipsów i piwo.
-Klin klinem... - zaśmiała się Maddie.
-Dokładnie, stara zasada...
-Ja chyba kawę... muszę odżyć...
-I zapomnieć imprezę? - spojrzałam na nią porozumiewawczo.
-NIGDY!- odparła.
  Była zdecydowanie bardziej wyluzowana ode mnie i rozrywkowa. Może dlatego, że pracuję jako lekarz i do zdrowia i systematyczności mam wielką wagę... a ona? Świetna dziewczyna potrafiąca się bawić...
  Poszłyśmy w strone lady, minęłyśmy parę jedzących osób a na miejscu jednych z nich zobaczyłam Dany'ego.
-A ty...
-Jem. - odparł obserwując nas.
-Ale byłeś przed chwilą na górze...
-Trafna uwaga. - odparł obojętnie.
  A my zszokowane stałyśmy jak słupy soli i gapiłyśmy się to na niego, to na siebie.
  Kolejny raz poczułam w środku, że on naprawdę mi się podoba... w sensie... co mogę stwierdzić po paru razach liczących jedynie spojrzenia i wymianę zdań, dość niemiłą, a nagle zjawia się na imprezie jak na zawołanie i nawet nie wiem czy się z nim przespałam czy gadałam głupoty bo za cholerę - nic nie pamiętam! Nic a nic! Zrozpaczona zapłaciłam za produkty wraz z Maddie i skierowałyśmy się do wyjścia. Gdyby ten głąb ( Madd)  nie pomachał mu, nie zaproponowałby podwózki. A wolałam od niego trzymać się z dala.
  Ale koniec końców... odwiózł nas, a ja... chciałam powtórzyć jeszcze nie raz tą imprezę... jedynie z odzyskaną przyjaciółką...

Od Maddie

Pracowałam nad rozrusznikiem w warsztacie kiedy przyjechał mój brat Karol.
-Mamy na dziś trzy samochody do odbioru w nocy.
-Karol ale..-uniosłam prawą brew, wiedział o co mi chodzi.
-Tak. Jedzie ze mną Paul ale potrzebujemy trzeciego kierowcy. Jedziesz z nami.
-Miałam się w to bezpośrednio nie mieszać.
-Nie ma wyjścia.
Westchnęłam.
-No dobra. Standardowo? Zacieranie kodów, nowe rejestracje i papiery... mogą być jutro na rano?
-Byle nie późno bo jutro już przyjadą klienci.
-Postaram się jak najszybciej.
-Bądź gotowa jutro o 23
Prowadziłam ze starszym bratem mały interesik. Nielegalny ale nigdy nie mieliśmy jeszcze wpadki. Tata był co prawda policjantem.. krył nas w razie czego ale większa wpadka mogłaby zrujnować naszą całą rodzinę. Tata straciłby pracę i całą trójką poszlibyśmy do więzienia a młody Sammy do domu dziecka.

****

Wieczorem tego samego dnia spotkałam się z Alex. Była sobota a to oznaczało że w okolicy są najlepsze imprezy.
-Mam ochotę poszaleć! -zaśmiałam się kiedy byłyśmy w drodze do pierwszego klubu.
-A czemu nie???
-No właśnie. Dziś mamy dobrą noc na głupoty.
Weszłyśmy bez problemu do jednego z lepszych klubów w okolicy. Było tu drogo ale dostałam na szczęście zaliczkę za jutrzejszy wypad.
-Ja stawiam!-krzyknęłam głośniej by Alex usłyszała mimo głośnej muzyki.
Jak za starych czasów ładowałyśmy po kolei pierwszy, drugi, trzeci.. kieliszek przegryzając tylko pomarańczą. Kiedy byłyśmy już w dobrym stanie poszłyśmy na parkiet aby pokazać kto tu rządzi.

Podobny obraz

W tłumie wypatrzyłam grupę chłopaków. Jeden przyglądał się nam. Nie odwrócił wzroku nawet wtedy kiedy nasze oczy się spotkały. Był całkiem przystojny. Ubrany na czarno, wysoki i w ogóle takie ciasteczko.
-Alex dawaj na DJ'jkę!!!!-złapałam przyjaciółkę za rękę i pociągnąłem ją na podest DJ'a gdzie czasem tańczą zawodowe tancerki na koncertach.
Tłum zaczął nam kibicować. Alex na początku była trochę nie pewna ale szybko ją rozkręciłam.
Co jakiś czas piłyśmy wraz z DJ'jami których znałam.

Podobny obraz

Było fantastycznie. Jakoś po północy znowu zobaczyłam tę samą grupę chłopaków i tego samego przystojniaka. Tym razem zacięcie rozmawiał ze swoim kolegą. Miałam wrażenie że się ze sobą w jakiejś sprawie nie zgadzają. Przystojniak musiał poczuć na sobie mój wzrok bo na chwilę spojrzał się w moją stronę a nasze oczy znowu się spotkały.
Resztę imprezy mało co pamiętam..

czwartek, 7 grudnia 2017

Od Alexiene

  Będąc na konsultacji wraz z resztą chirurgów jak i również stażystami obserwowałam drzwi wejściowe. Zawsze ordynator wchodził pierwszy, a spóźniał się już dziesięć minut. Zaniepokojona obserwowałam Victora, który nie specjalnie się przejmował nieobecnością ordynatora. Gdy drzwi w końcu się otworzyły spojrzałam w ich stronę nerwowo. Pacjent którego ja operuję to jego syn. Ciarki obiegły moje ciało jak stado nieznośnych pcheł a włosy stanęły mi dęba.
  Po omówieniu w spokojnej atmosferze pacjentów doszedł do ostatniego - Billy'ego. Mojego pacjenta. Od razu spuściłam wzrok i obserwowałam swoje drżące ręce. Jak ja mam operować, pracować i prowadzić swoje sprawy gdy stres ani na moment nie potrafi odpuścić.
-Billy Costighan. Lekarz prowadzący... - westchnięcie - Alexiene Paul...
  Głos mu zadrżał. Nikt inny nie przejął się jego reakcją. Wszyscy wiedzieli kim jest tylko nie ja...? Nie zwracałam uwagi na krewnych współpracowników, jednak nie o to tu chodziło.
-Chciałbym, żebyś oddała tego pacjenta koledze Calvinowi... -zaczął stojąc obok mnie.
  Spojrzałam na niego starając się zrzucić z siebie emocje i nerwy.
-Nie zgadzam się - odezwałam się w końcu - to mój pacjent i doprowadzę go do końca kuracji w szpitalu. Chce walczyć razem z nim.
-Doceniam, jednak... rozumie pani, że to nie jest pacjent odpowiedni dla pani...
-Baba na sali operacyjnej to katastrofa. - skomentował Calvin.
  Zignorowałam jego zaczepkę i kontynuowałam walkę.
-Jednak nalegam... nie zrobiłam do tej pory nic źle, a więc chcę prowadzić leczenie. Nie nawaliłam od dwóch lat, żaden pacjent nie zszedł na stole.
-Nie miałaś poważnych przypadków... - kontynuował ordynator.
-Wiem, że to pana syn i boi się pan o to, że baba zabije pana syna. Jednak ręczę za moje doświadczenie, wiedzę i talent chirurga który posiadam. Poprowadzę go, nie oddam mojego pacjenta. Podejmę się tego zadania jak i poprzednich.
  Ordynator wyprosił wszystkich pozostałych z sali.
-Alex, proszę...
-Naprawdę dam radę.
-Ktoś bardzo naciska na jego wyleczenie i nie chcę ryzykować. Nie chcę, by twoja praca się skończyła, jeśli nie dasz rady wyleczyć Billy'ego. Sama wiesz, że on jest w krytycznym stanie.
-Będzie żył.  - wyszłam i jak najszybciej poszłam napić się kawy.
  Zeszłam na sam dół do piwnic w poszukiwaniu kogoś, kto dysponuje papierosami. Nerwy,nerwy i jeszcze raz nerwy...
  Zaszłam w prawo do stolika i obdartego krzesła, na którym siedział... ten mężczyzna.
-Tu nie wolno palić. - zwróciłam mu uwagę.
  On nie przejął się i robił kółka z dymu.
  Milczał, więc kontynuowałam, robiąc krok w jego stronę.
-Przepraszam, słyszy mnie pan? Nie wolno tu palić. Jak się pan tu w ogóle dostał?
  Zaśmiał się półgębkiem i nie odrywał wzroku od małego okienka osadzonego kratami.
-Ależ jesteś przewrażliwiona... ciężki dzień?
-Nie przypominam sobie, byśmy byli na ty...
-A ja nie przypominam sobie, że baba powinna prowadzić mojego brata.
  Zesztywniałam. Gdy wyjął paczkę papierosów przyuważyłam kawałek broni. Wystraszyłam się. Podał mi paczkę i przysunął pod nos.
-Bierz. Po to tu jesteś.
  Niepewnie wyciągnęłam papierosa i odpaliłam, oddalając się na parę kroków od mężczyzny.
-Jestem pewny, że się dogadamy.
-Czemu nie chce pan bym ja prowadziła...
-Bo jesteś świeża. Nie wiesz co to operacja, stracić pacjenta. Sama nie dasz rady psychicznie po stracie kogoś ze swoich pacjentów a ja nie zniosę śmierci brata.
-Ponieważ to z twojej winy? Policja i tak się tym zainteresuje, zostanie wezwana...
-Nie zostanie. - zaśmiał się ponownie. Więc lepiej dla ciebie jesli oddasz komuś innemu mojego brata. Słyszałaś, co mówiłem w gabinecie ojca. Powinnaś więc wiedzieć, że mówiłem prawdę.
-Skąd...
-Wiem więcej niż myślisz.
-Nie zrezygnuję z tego przypadku. Nie zejdzie mi na stole ani na sali.
-Coś pójdzie nie tak, a zrobi się nie miło.
  Wstał, oglądając płyty winylowe, zakurzone, leżące na szafkach równie zasyfionych jak i wszystko tutaj. Odpalił kolejnego papierosa, a ja znów zaczęłam zwracać uwagę.
-Nie wolno tu palić osobom nie pracującym w szpitalu.
  Spojrzał na mnie spod byka.
  Coś w nim było. Jego wzrok wzbudzał we mnie dreszcze, nie należały do przyjemnych i oznaczających lepsze dni. Nie spuszczał ze mnie wzroku, po chwili powagi uśmiechnął się delikatnie, ledwo zauważalnie.
-Naprawdę wszyscy się ucieszą, jeśli dasz sobie spokój z ratowaniem mojego brata.
-Powiedz mi więc co zaszło.
-Chcesz wiedzieć jakim cudem został tak pokiereszowany? Jesteś chirurgiem, rób swoją robotę. Daję ci szansę. Jednak mam cię na oku. Obyś nie żałowała tej decyzji.
  Przełknęłam z trudem ślinę. Zauważył to, więc ponownie zaśmiał się wypuszczając dym.
-Jesteś fajną dziewczyną. Szkoda by było, gdyby coś ci się stało. Co u twojego rodzeństwa? - wypalił.
  Zastygłam z przerażenia.
-Skąd ty...
  Zaśmiał się.
  Ewidentnie zrobił to specjalnie. I chciał bym się przeraziła.
-Są dla ciebie ważni, więc... przemyśl to, czy chcesz podejmować się zadania by prowadzić Billy'ego. Jeśli chcesz by byli cali.  - wyszedł rzucając papierosa na ziemie.
  Wyszlam zaraz po nim z pokoju, dosłownie sekundę, ale zniknął. Nie było obok żadnych drzwi, jedynie jedne, na końcu parometrowego , prostego korytarza. Pozostałam sama, ze swoimi przerażającymi myślami...

środa, 6 grudnia 2017

Od Alexiene

  Nie mogłam się doczekać na spotkanie z Maddie. Byłam podekscytowana, dawno nigdzie nie byłam, a fajnie by było w końcu pogadać o nowych rzeczach i tym co się nam przytrafiło w życiu. Szpital i praca w nim jak i również ludzie... no cóż, wszystko to mnie zmieniło. Stałam się bardziej konsekwentna i nie przybierałam wagi do życia i starych znajomych a studia w ogóle zakryły mi oczy. Myślałam, że dobra praca i pieniądze zapewnią mi szczęście jednak się myliłam, i to bardzo. 
  Weszłam do domu i od razu zabrałam się za papierkową robotę. Musiałam opiekować się rodzeństwem i przejrzeć karty i dokumenty pacjentów które po znajomości z recepcjonistką mogłam na spokojnie przejrzeć. Miałam bardzo ciekawe przypadki które prowadziłam lub pomagałam prowadzić. Byłam bardzo zaangażowana w tą prace, nie lubiłam jej, jednak musiałam polubić. Miałam z niej pieniądze które dawałam w większości rodzicom... musiałam im pomagać. Tak na prawdę ze względu na nich zrezygnowałam z marzeń... 
  
  Wieczorem, nieco późnym wyszłam na taras spoglądając na spokojną dzielnicę. Wszyscy położyli swoje dzieci spać i sami się pokładli do łóżek. Wszędzie były zgaszone światła, jedynie na tych zaciemnionych ulicach paliły się latarnie. Nigdy moi rodzice się nie przeprowadzali. Nigdy ja się nie przeprowadzałam. Miałam tu wiele świetnych wspomnień. Siedząc tu na tym bujanym, wiklinowym fotelu na którym zawsze siadał dziadek rozmarzyłam się. Tak bardzo chciałabym zacząć życie godne mojego wieku. Nie praca, ale również budowanie swojego życia. Jednak poświęciłam się dla nich. Dla mamy, taty i rodzeństwa. Tak wybrałam, a marzenia są w ciemnym kącie mojej głowy. 
-Co Ty tak myślisz? Chłodno tego wieczoru, powinnaś się położyć. - usłyszałam obok głos taty. 
  Spojrzałam na niego wyrwana ze sfery marzeń i uśmiechnęłam się. 
  Tata jak zwykle - lekko przydługie włosy padały na jego twarz, zaczerwienione policzki i ślad od szminki mamy na prawym policzku. 
  Zaśmiałam się i zmyłam z jego twarzy pomadkę. 
-Mama nie daje ci żyć, co?
-Niestety. Ty będziesz taka sama na starość.
-Jaką starość, tato? Mama ma dopiero czterdzieści pięć lat i trójkę dzieci na głowie. - spojrzałam mu w oczy i znów wpadłam w głąb myśli. 
-Córeczko - wybudził mnie głos taty - wiem, że to robisz dla nas i nie musisz tego robić. 
-Tato, ale ja chcę. Sama wybrałam takie życie i tą drogą chcę iść. 
-Musisz żyć, a nie być z nami. Potrzebujemy twojej pomocy, ale nie do końca naszych dni. Chcemy żebyś poznała kogoś, wyszła za mąż...
-Bycie lekarzem oznacza raczej wieki zanim znajdzie się tego odpowiedniego. A ja chce niesamowitą miłość, przygodę... 
-Jak w filmach? - zaśmiał się. 
-Nie, takie nie istnieją. Chcę po prostu kogoś kto będzie kimś innym, kimś ponad te wszystkie obowiązki, ludzkie przekonania i... nie rozumiesz...? - spytałam śmiejąc się nagle.
-Alex, jesteś niezwykła i potrzebujesz kogoś niezwykłego. Ale jeśli chcesz przeżyć przygodę życia przestać siedzieć z nami i idź w świat. Pamiętasz, jak byłaś mała? Jak chciałaś zwiedzać świat już od wieku 5 lat? Byłaś i jesteś odkrywcą. 
-Taak, i moje odkrycia nie sięgały dalej niż połamane kończyny... spadanie z drzew... 
  Tata roześmiał się, i to zbyt głośno. 
-Musisz czasem parę razy połamać nogi żeby do czegoś dojść. 
-I do czego doszłam? Do bycia nieszczęśliwą lekarką... 
-Mówiliśmy, żebyś poszła w świat jak chciałaś.
-Żeby iść w świat musiałam mieć pieniądze... a nie miałam perspektywy na życie... Na to kim być... sama nie wiedziałam kim jestem i kim będę, co zrobię w życiu. Co będę mogła robić... nic mi nie odpowiadało, pamiętasz? Wszystkie szkoły zawodowe, a nawet zawody... nic nie chciałam robić. 
-Masz drugie studia, które przerwałaś. 
-Prawo? Prosze Cię, to nie dla mnie tato. 
  Drzwi wejściowe otworzyły się a przez nie wyjrzała mama ubrana w swój długi szary sweter do kolan. 
-Chodźcie do środka! Zimno! Charlie, chodź! - mama spojrzała na tatę, a on zrobił śmieszną minę że niby go tu nie ma. 
  Wstałam i wzięłam tatę pod rękę. 
-Chodź staruszku. - zaśmiałam się.
-Jaki staruszku?! Jestem w doskonałej formie! Nadal czuję się jak 18latek!
   Wszyscy się zaśmialiśmy. Kochałam moją rodzinę... najbardziej na świecie...

  W pracy byłam jak nowo narodzona. Rozmowa z tatą mnie ożywiła, jednak odliczałam dni do wyjścia mojego i Maddie. Stęskniłam się za nią... 
-Alex! Masz nowego pacjenta. - usłyszałam głos Barbry za plecami gdy przekroczyłam gotowa w kitlu progi szpitala. 
-Już idę. - odparłam i poszłam za nią. 
-Po postrzale, kula jest w okolicach prawego żebra, druga kula drasnęła w głowę. Miał chłop szczęście. - westchnęła.
-Dobrze, zabieramy go na blok. 
  Odpowiedzialność na sali operacyjnej była dla mnie czymś wielkim. Ratowałam życie albo je traciłam. Nie wyobrażam sobie stracić pacjenta... nie z moich rąk... nie do przyjęcia...
  
  Po paru godzinnej operacji wyszłam z sali na której leżał mój pacjent. Mężczyzna, 20 lat... jego los będzie przesądzony na dniach, a nawet nie. Kwestia paru godzin. Bałam się ciężaru stracenia człowieka. Mojego człowieka - mojego pacjenta. 
  Jednak, gdy podążałam korytarzem usłyszałam kłótnię z ordynatorem. Zatrzymałam się i podsłuchałam trochę. 
-Nie pozwolę żeby mój brat zdychał na stole. Albo cos z tym zrobicie, albo się policzymy, Richard. 
-Alex, uspokój się. Nie możesz się afiszować...
-Z czym, tato?! Że jestem twoim synem? Kryminalista, ktoś inny? Zawsze się tego wypierałeś, że jestem nikim. To twoj syn. 
-Którego Ty wciągnąłeś w to gówno! 
  Oparłam się lekko o drzwi a te lekko się uchyliły. Pustki na korytarzu, żywej duszy. Jednak oni tego nie usłyszeli ani nie zauważyli. Spojrzałam przez szparę. 
  Głupia, wścibska ja. 
  -Czy ty masz mnie za idiotę? - odparł chyba syn ordynatora. - Jeśli tego nie zrobisz, albo Billy padnie z rąk jednego z tych chirurgów to strzelę temu cholernemu skurwysynowi w łeb, rozumiesz? 
-Przestań, bo ktoś usłyszy! - walnął pięściami w stół ordynator. 
  Odsunęłam się nagle i uciekłam. 
  Kim był ten koleś? Jakiś niezrównoważony facet!? Głupio się zachowałam podsłuchując... 





  Parę godzin później do szpitala dotarło moje młodsze rodzeństwo. Krzyczało, piszczało po szpitalu i nie dawało żyć. Musiałam zawołać pielęgniarkę by sie nimi chwilę zajęła. 
  Musiałam wyjasnić to z mamą... a co do tego kogoś u ordynatora... martwiłam sie o siebie i o pacjentów, tym bardziej o personel szpitala...

wtorek, 5 grudnia 2017

Od Maddie

Nie mogłam uwierzyć że spotkałam Alex. Chyba wieki jej nie widziałam.
-Kiedy wróciłaś?-zapytałam.
-Jakiś czas temu.
-Czemu się nie odzywałaś?
-Mam sporo na głowie. Pracuje u nas w szpitalu.
-Na prawdę?
-Odwiedzisz mnie tam kiedyś?
-Wiesz co... nie za bardzo. Wolałabym się spotkać gdzieś indziej.-dodałam widząc jej minę.
-Co tam u Ciebie słychać?
-Leci pomału. Nie zrobiłam na razie kariery tak jak ty ale jakoś daje radę. Pracuję z bratem u nas w zakładzie.
-Jako mechanik?
-Tak.
-To dobrze. Co tam słychać u braci i rodziców?
Zamilkłam. Alex o niczym oczywiście nie wiedziała.
-Tata nadal pracuje a u braci dobrze. Młody przeżywa okres buntu.
-A u mamy?
-Nie żyje.-zaskoczyło mnie to jak łatwo przyszło mi to powiedzieć.
Alex zamilkła i było widać że nie wie co powiedzieć cz zrobić.
-Przepraszam nie wiedziałam..
-Nie szkodzi.
-Ale jak?
-Choroba. Właśnie do niej szłam. -kiwnęłam głową w stronę cmentarza.
-O... to nie będę przeszkadzać.
-Co jutro robisz?
-Pracuję.
-A wieczorem.
-Nic w zasadzie.
-Wychodzimy gdzieś się zabawiać. Jutro już piątek.
-Sobotę akurat mam wolną. Było by fajnie gdzieś wyskoczyć.
-Super to jesteśmy umówione.
-Masz ten sam numer?
-Tak a ty?
-Taki sam.-uśmiechnęła się.
-To super. Jesteśmy w kontakcie.
Pożegnałyśmy się i każda poszła w swoją stronę. Fajnie było znowu się spotkać. Tak po latach bez kontaktu. Może uda się odnowić kontakt? Fajnie byłoby odzyskać przyjaciółkę.
Weszłam przez wielką metalową bramę cmentarza i skierowałam się w stronę grobu mamy.