wtorek, 19 grudnia 2017

Od Alexiene

  Obudził mnie stukot małych stópek mojego młodszego rodzeństwa. Chcichrały się, że słychac ich było przed domem. Słyszałam, że mama coś smaży, a tata prawdopodobnie przygotowuje ogródek do porannego śniadania.
  Spojrzałam na kalendarz, tak jak sądziłam. Niedziela, więc mogę poleżeć dłużej z racji wolnego dnia od pracy. Zwlokłam się z łózka i spojrzałam na zegarek na szafce nocnej.
  Już 14.30?!
  Poderwałam się na równe nogi i napisałam do Maddie, że dopiero wstałam i chyba kac rozłożył mnie do wpół do trzeciej...!
  Zeszłam na dół ogarnięta i spojrzałam do kuchni. Pusto, a na zewnątrz rodzice nakrywali do stołu. Usmiechnęli się do mnie, tata poklepał po ramieniu i przeszedł obok w stronę salonu.
-Aż tak zabalowałas, że trzyma Cię do teraz. - skomentował jeszcze przez ramię.
  Najgorsze było to, że mało co pamiętałam. Szaleństwa z Maddie, niektóre chwile gdy ujrzałam Dany'ego...
  Reszta okazała się być jedną wielką czarną dziurą.
  Usłyszałam telefon na blacie w kuchni. Zignorowałam go, chciałam pomóc rodzicom. Zajmując się Scottem i Hannah.
-Wiesz, co się dzieje z Zac'em? - spytała zmartwiona mama.
-Nie mam z nim kontaktu, jak wiesz.
-Ale dlaczego? Przecież dogadywaliście się świetnie...
-To przeszłość mamo. Nie wiem co się z nim dzieje, tyle mogę Ci w tym temacie powiedzieć.
  Usmiechnęłam się do Scotta i Hannah bawiących się zabawkami na podwórku a mama spuściła głowę, westchnęła i odeszła.
  Przy obiedzie nikt nic się nie odezwał, jedynie dzieciaki co chwile coś mamrotały do siebie pod noskiem.
-Wyjeżdżamy z mamą do Seattle. - oznajmił nagle tata. - Jedziemy do Zaca.
-To jedźcie.
-Nie chcesz jechac z nami?
-Nie. Podziękuję. - odparłam poddenerwowana.
  Nie rozmawiałam z nimi o moim bracie. Był rok starszy a głupi jak but. Od chwili gdy nawalony i naćpany pobił mojego przyjaciela bez powodu, i uciekł do Seattle przed policją. No i nigdy nie wracał, odzywał się do mamy i taty, do mnie przez jakiś czas próbował... ale chyba się domyślił o co chodzi.
-Bierzecie dzieciaki? Ja nie będę mogła wziąć wolnego jutro. - oznajmiłam po chwili.
-Tak, weźmiemy. - odparła oburzona mama.
  Zignorowałam jej zachowanie. Nie ruszały mnie jej fochy. Już nie.
 
  Gdy rodzice wyjechali poszłam do sklepu, obok którego Dany mieszkał. Nie, że specjalnie tam poszłam, bo był najbliżej mojego osiedla... jednak w środku miałam nadzieję, że go spotkam.
  Ktoś popukał mnie w ramię, obejrzałam się, i zobaczyłam jego.
  Powstrzymałam uśmiech pełen radości.
-Dzwoniłem.
-Skąd masz mój numer? Nie przypominam sobie, żeb...
-Podawałaś go w klubie.
-Nie prawda, pamiętałabym.
  Wzruszył ramionami.
-Widocznie masz słabą głowę. - uśmiechnął się lekko w moją stronę.
  Zabrałam zakupy i wyszłam ze sklepu.
  Dogonił mnie - tak jak zakładałam.
  Co się ze mną dzieje...? Sama siebie nie poznaję.
  Odprowadził mnie kawałek, a w między czasie rozmawialiśmy na temat jego młodszego brata siedzącego w szpitalu.
-Myślisz, że wyjdzie z tego?
-Robimy co w naszej mocy.
  Zobaczyłam jego skruszenie, mimo swobodnej miny bez wyrazu, więc zmieniłam temat niezdarnie na jakikolwiek.
-Ile Ty właściwie masz lat?
-Wystarczająco dużo.
-Co to znaczy 'wystarczająco dużo'?
  Uśmiechnął sie tylko niezrozumiale, a moje dalsze pytania ignorował. Doszliśmy do mojego domu, a ja dalej milczałam.
-Na razie.
  Zwykłe na razie... ? Matko, zrób coś, zanim pójdzie...
  Jednak taka nieśmiała, zabunkrowana w sobie dziewczyna nie potrafi zatrzymac faceta czymkolwiek. Nawet otworzyć buzi.
  Nie czułam do niego nic, po prostu... ciągneło mnie do niego.
 
  Maddie wpadła do mnie na chwilę wieczorem i nakłoniła mnie bym do niego po prostu przyszła niezapowiedzianie. Nie chciałam się zgodzić, przekonana że ten pomysł jest bez sensu. Narzucac się facetowi... matko... ale ona wyciągnęła mnie z domu i podwiozła pod samo jego budynek mieszkalny. Zła patrzyłam na nią z politowaniem jednak ona z bananem na twarzy wypchnęła mnie z auta i wprowadziła do środka. Potem się ulotniła. Powiedziała, że jeśli zobaczy, że wychodze, to mnie zamorduje.
  Groźby są karalne, następnym razem ją nagram... - pomyślałam.
  Zapukałam do drzwi i usłyszałam ''proszę''. Weszłam powoli, walcząc sama ze sobą.
Ujrzałam jego i jakiegos kolesia. Dosłownie nie wiedziałam, czy płakac, czy się śmiać.
  Bez koszulek.
-Sorry... ehm... Że przeszkodziłam...
-Siadaj. - mruknął jakby zły Danny przeczesując włosy.
-Nie...
-To nie tak jak myslisz. - tłumaczył się jego roześmiany kumpel. - Jestem jego starszym bratem.
-Ile ty masz braci do cholery? - spytałam rozbawiona.
-Dwóch. To jest Kayn. Przyjechał tu jak tylko dodzwoniłem się do niego, że Billy źle wygląda.
-Aha... a... czemu... bez koszulek...?
  Kayn roześmiał się a Dan spojrzał na mnie nadal na coś zły.
-Są tu dwie łazienki, bralismy prysznic, to wszystko.
-Myślałaś, że ja i on... bleeee... staryyyy... - Kayn obrucił się i wstrząsnął.
-Sorry...
-Ubiorę się i wyjdziemy. - odezwał się Dan.
  W końcu wyszliśmy, nie tylko z mieszkania ale i z tej głupiej sytuacji. Poszliśmy do mnie, z racji tego, że miałam wolny dom.
-Czemu jesteś zły? -spytałam prosto z mostu.
-Martwię sie o brata i mam dużo spraw do pozałatwiania.
-Jakich?
-A wiesz... mam... parę spraw... - ciągnął powoli patrząc na mnie dziwnie.
  Zamilkłam.
-Co? - spytałam, sięgając wino z półki. - Chyba lubisz wino? Nic innego nie mam...
-Przeżyje. - uśmiechnął się tajemniczo.
  Zestresowana nalałam do szklanek wina i usiadłam z nim na swojej kanapie w pokoju. Miałam o dziwo porządek, zaścielone łóżko, posprzątane na kanapie...
 
  Po czasie kompletnie się nawaliłam, a on  zdawał się być trzeźwy w zupełności. Jednak nie umiałam się powstrzymac od pocałowania go, on zrobił to pierwszy - ku mojego zaskoczeniu. Serce waliło mi jak oszalałe, powoli traciłam kontrolę nad wszystkim. Zdjęłam mu koszulkę, nie przestawaliśmy.
  Rzucił mnie na łóżko, rozpiął pasek.
  Czy tego naprawdę chciałam... ?  Raczej tak... od jakiegoś czasu chciałam czegoś więcej, ale był na tyle tajemniczy, że...
  Mimo wszystko, nadal go chcę... nie tylko w ten sposób...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz