Weszłam do domu i od razu zabrałam się za papierkową robotę. Musiałam opiekować się rodzeństwem i przejrzeć karty i dokumenty pacjentów które po znajomości z recepcjonistką mogłam na spokojnie przejrzeć. Miałam bardzo ciekawe przypadki które prowadziłam lub pomagałam prowadzić. Byłam bardzo zaangażowana w tą prace, nie lubiłam jej, jednak musiałam polubić. Miałam z niej pieniądze które dawałam w większości rodzicom... musiałam im pomagać. Tak na prawdę ze względu na nich zrezygnowałam z marzeń...
Wieczorem, nieco późnym wyszłam na taras spoglądając na spokojną dzielnicę. Wszyscy położyli swoje dzieci spać i sami się pokładli do łóżek. Wszędzie były zgaszone światła, jedynie na tych zaciemnionych ulicach paliły się latarnie. Nigdy moi rodzice się nie przeprowadzali. Nigdy ja się nie przeprowadzałam. Miałam tu wiele świetnych wspomnień. Siedząc tu na tym bujanym, wiklinowym fotelu na którym zawsze siadał dziadek rozmarzyłam się. Tak bardzo chciałabym zacząć życie godne mojego wieku. Nie praca, ale również budowanie swojego życia. Jednak poświęciłam się dla nich. Dla mamy, taty i rodzeństwa. Tak wybrałam, a marzenia są w ciemnym kącie mojej głowy.
-Co Ty tak myślisz? Chłodno tego wieczoru, powinnaś się położyć. - usłyszałam obok głos taty.
Spojrzałam na niego wyrwana ze sfery marzeń i uśmiechnęłam się.
Tata jak zwykle - lekko przydługie włosy padały na jego twarz, zaczerwienione policzki i ślad od szminki mamy na prawym policzku.
Zaśmiałam się i zmyłam z jego twarzy pomadkę.
-Mama nie daje ci żyć, co?
-Niestety. Ty będziesz taka sama na starość.
-Jaką starość, tato? Mama ma dopiero czterdzieści pięć lat i trójkę dzieci na głowie. - spojrzałam mu w oczy i znów wpadłam w głąb myśli.
-Córeczko - wybudził mnie głos taty - wiem, że to robisz dla nas i nie musisz tego robić.
-Tato, ale ja chcę. Sama wybrałam takie życie i tą drogą chcę iść.
-Musisz żyć, a nie być z nami. Potrzebujemy twojej pomocy, ale nie do końca naszych dni. Chcemy żebyś poznała kogoś, wyszła za mąż...
-Bycie lekarzem oznacza raczej wieki zanim znajdzie się tego odpowiedniego. A ja chce niesamowitą miłość, przygodę...
-Jak w filmach? - zaśmiał się.
-Nie, takie nie istnieją. Chcę po prostu kogoś kto będzie kimś innym, kimś ponad te wszystkie obowiązki, ludzkie przekonania i... nie rozumiesz...? - spytałam śmiejąc się nagle.
-Alex, jesteś niezwykła i potrzebujesz kogoś niezwykłego. Ale jeśli chcesz przeżyć przygodę życia przestać siedzieć z nami i idź w świat. Pamiętasz, jak byłaś mała? Jak chciałaś zwiedzać świat już od wieku 5 lat? Byłaś i jesteś odkrywcą.
-Taak, i moje odkrycia nie sięgały dalej niż połamane kończyny... spadanie z drzew...
Tata roześmiał się, i to zbyt głośno.
-Musisz czasem parę razy połamać nogi żeby do czegoś dojść.
-I do czego doszłam? Do bycia nieszczęśliwą lekarką...
-Mówiliśmy, żebyś poszła w świat jak chciałaś.
-Żeby iść w świat musiałam mieć pieniądze... a nie miałam perspektywy na życie... Na to kim być... sama nie wiedziałam kim jestem i kim będę, co zrobię w życiu. Co będę mogła robić... nic mi nie odpowiadało, pamiętasz? Wszystkie szkoły zawodowe, a nawet zawody... nic nie chciałam robić.
-Masz drugie studia, które przerwałaś.
-Prawo? Prosze Cię, to nie dla mnie tato.
Drzwi wejściowe otworzyły się a przez nie wyjrzała mama ubrana w swój długi szary sweter do kolan.
-Chodźcie do środka! Zimno! Charlie, chodź! - mama spojrzała na tatę, a on zrobił śmieszną minę że niby go tu nie ma.
Wstałam i wzięłam tatę pod rękę.
-Chodź staruszku. - zaśmiałam się.
-Jaki staruszku?! Jestem w doskonałej formie! Nadal czuję się jak 18latek!
Wszyscy się zaśmialiśmy. Kochałam moją rodzinę... najbardziej na świecie...
W pracy byłam jak nowo narodzona. Rozmowa z tatą mnie ożywiła, jednak odliczałam dni do wyjścia mojego i Maddie. Stęskniłam się za nią...
-Alex! Masz nowego pacjenta. - usłyszałam głos Barbry za plecami gdy przekroczyłam gotowa w kitlu progi szpitala.
-Już idę. - odparłam i poszłam za nią.
-Po postrzale, kula jest w okolicach prawego żebra, druga kula drasnęła w głowę. Miał chłop szczęście. - westchnęła.
-Dobrze, zabieramy go na blok.
Odpowiedzialność na sali operacyjnej była dla mnie czymś wielkim. Ratowałam życie albo je traciłam. Nie wyobrażam sobie stracić pacjenta... nie z moich rąk... nie do przyjęcia...
Po paru godzinnej operacji wyszłam z sali na której leżał mój pacjent. Mężczyzna, 20 lat... jego los będzie przesądzony na dniach, a nawet nie. Kwestia paru godzin. Bałam się ciężaru stracenia człowieka. Mojego człowieka - mojego pacjenta.
Jednak, gdy podążałam korytarzem usłyszałam kłótnię z ordynatorem. Zatrzymałam się i podsłuchałam trochę.
-Nie pozwolę żeby mój brat zdychał na stole. Albo cos z tym zrobicie, albo się policzymy, Richard.
-Alex, uspokój się. Nie możesz się afiszować...
-Z czym, tato?! Że jestem twoim synem? Kryminalista, ktoś inny? Zawsze się tego wypierałeś, że jestem nikim. To twoj syn.
-Którego Ty wciągnąłeś w to gówno!
Oparłam się lekko o drzwi a te lekko się uchyliły. Pustki na korytarzu, żywej duszy. Jednak oni tego nie usłyszeli ani nie zauważyli. Spojrzałam przez szparę.
Głupia, wścibska ja.
-Czy ty masz mnie za idiotę? - odparł chyba syn ordynatora. - Jeśli tego nie zrobisz, albo Billy padnie z rąk jednego z tych chirurgów to strzelę temu cholernemu skurwysynowi w łeb, rozumiesz?
-Przestań, bo ktoś usłyszy! - walnął pięściami w stół ordynator.
Odsunęłam się nagle i uciekłam.
Kim był ten koleś? Jakiś niezrównoważony facet!? Głupio się zachowałam podsłuchując...
Parę godzin później do szpitala dotarło moje młodsze rodzeństwo. Krzyczało, piszczało po szpitalu i nie dawało żyć. Musiałam zawołać pielęgniarkę by sie nimi chwilę zajęła.
Musiałam wyjasnić to z mamą... a co do tego kogoś u ordynatora... martwiłam sie o siebie i o pacjentów, tym bardziej o personel szpitala...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz