Będąc na konsultacji wraz z resztą chirurgów jak i również stażystami obserwowałam drzwi wejściowe. Zawsze ordynator wchodził pierwszy, a spóźniał się już dziesięć minut. Zaniepokojona obserwowałam Victora, który nie specjalnie się przejmował nieobecnością ordynatora. Gdy drzwi w końcu się otworzyły spojrzałam w ich stronę nerwowo. Pacjent którego ja operuję to jego syn. Ciarki obiegły moje ciało jak stado nieznośnych pcheł a włosy stanęły mi dęba.
Po omówieniu w spokojnej atmosferze pacjentów doszedł do ostatniego - Billy'ego. Mojego pacjenta. Od razu spuściłam wzrok i obserwowałam swoje drżące ręce. Jak ja mam operować, pracować i prowadzić swoje sprawy gdy stres ani na moment nie potrafi odpuścić.
-Billy Costighan. Lekarz prowadzący... - westchnięcie - Alexiene Paul...
Głos mu zadrżał. Nikt inny nie przejął się jego reakcją. Wszyscy wiedzieli kim jest tylko nie ja...? Nie zwracałam uwagi na krewnych współpracowników, jednak nie o to tu chodziło.
-Chciałbym, żebyś oddała tego pacjenta koledze Calvinowi... -zaczął stojąc obok mnie.
Spojrzałam na niego starając się zrzucić z siebie emocje i nerwy.
-Nie zgadzam się - odezwałam się w końcu - to mój pacjent i doprowadzę go do końca kuracji w szpitalu. Chce walczyć razem z nim.
-Doceniam, jednak... rozumie pani, że to nie jest pacjent odpowiedni dla pani...
-Baba na sali operacyjnej to katastrofa. - skomentował Calvin.
Zignorowałam jego zaczepkę i kontynuowałam walkę.
-Jednak nalegam... nie zrobiłam do tej pory nic źle, a więc chcę prowadzić leczenie. Nie nawaliłam od dwóch lat, żaden pacjent nie zszedł na stole.
-Nie miałaś poważnych przypadków... - kontynuował ordynator.
-Wiem, że to pana syn i boi się pan o to, że baba zabije pana syna. Jednak ręczę za moje doświadczenie, wiedzę i talent chirurga który posiadam. Poprowadzę go, nie oddam mojego pacjenta. Podejmę się tego zadania jak i poprzednich.
Ordynator wyprosił wszystkich pozostałych z sali.
-Alex, proszę...
-Naprawdę dam radę.
-Ktoś bardzo naciska na jego wyleczenie i nie chcę ryzykować. Nie chcę, by twoja praca się skończyła, jeśli nie dasz rady wyleczyć Billy'ego. Sama wiesz, że on jest w krytycznym stanie.
-Będzie żył. - wyszłam i jak najszybciej poszłam napić się kawy.
Zeszłam na sam dół do piwnic w poszukiwaniu kogoś, kto dysponuje papierosami. Nerwy,nerwy i jeszcze raz nerwy...
Zaszłam w prawo do stolika i obdartego krzesła, na którym siedział... ten mężczyzna.
-Tu nie wolno palić. - zwróciłam mu uwagę.
On nie przejął się i robił kółka z dymu.
Milczał, więc kontynuowałam, robiąc krok w jego stronę.
-Przepraszam, słyszy mnie pan? Nie wolno tu palić. Jak się pan tu w ogóle dostał?
Zaśmiał się półgębkiem i nie odrywał wzroku od małego okienka osadzonego kratami.
-Ależ jesteś przewrażliwiona... ciężki dzień?
-Nie przypominam sobie, byśmy byli na ty...
-A ja nie przypominam sobie, że baba powinna prowadzić mojego brata.
Zesztywniałam. Gdy wyjął paczkę papierosów przyuważyłam kawałek broni. Wystraszyłam się. Podał mi paczkę i przysunął pod nos.
-Bierz. Po to tu jesteś.
Niepewnie wyciągnęłam papierosa i odpaliłam, oddalając się na parę kroków od mężczyzny.
-Jestem pewny, że się dogadamy.
-Czemu nie chce pan bym ja prowadziła...
-Bo jesteś świeża. Nie wiesz co to operacja, stracić pacjenta. Sama nie dasz rady psychicznie po stracie kogoś ze swoich pacjentów a ja nie zniosę śmierci brata.
-Ponieważ to z twojej winy? Policja i tak się tym zainteresuje, zostanie wezwana...
-Nie zostanie. - zaśmiał się ponownie. Więc lepiej dla ciebie jesli oddasz komuś innemu mojego brata. Słyszałaś, co mówiłem w gabinecie ojca. Powinnaś więc wiedzieć, że mówiłem prawdę.
-Skąd...
-Wiem więcej niż myślisz.
-Nie zrezygnuję z tego przypadku. Nie zejdzie mi na stole ani na sali.
-Coś pójdzie nie tak, a zrobi się nie miło.
Wstał, oglądając płyty winylowe, zakurzone, leżące na szafkach równie zasyfionych jak i wszystko tutaj. Odpalił kolejnego papierosa, a ja znów zaczęłam zwracać uwagę.
-Nie wolno tu palić osobom nie pracującym w szpitalu.
Spojrzał na mnie spod byka.
Coś w nim było. Jego wzrok wzbudzał we mnie dreszcze, nie należały do przyjemnych i oznaczających lepsze dni. Nie spuszczał ze mnie wzroku, po chwili powagi uśmiechnął się delikatnie, ledwo zauważalnie.
-Naprawdę wszyscy się ucieszą, jeśli dasz sobie spokój z ratowaniem mojego brata.
-Powiedz mi więc co zaszło.
-Chcesz wiedzieć jakim cudem został tak pokiereszowany? Jesteś chirurgiem, rób swoją robotę. Daję ci szansę. Jednak mam cię na oku. Obyś nie żałowała tej decyzji.
Przełknęłam z trudem ślinę. Zauważył to, więc ponownie zaśmiał się wypuszczając dym.
-Jesteś fajną dziewczyną. Szkoda by było, gdyby coś ci się stało. Co u twojego rodzeństwa? - wypalił.
Zastygłam z przerażenia.
-Skąd ty...
Zaśmiał się.
Ewidentnie zrobił to specjalnie. I chciał bym się przeraziła.
-Są dla ciebie ważni, więc... przemyśl to, czy chcesz podejmować się zadania by prowadzić Billy'ego. Jeśli chcesz by byli cali. - wyszedł rzucając papierosa na ziemie.
Wyszlam zaraz po nim z pokoju, dosłownie sekundę, ale zniknął. Nie było obok żadnych drzwi, jedynie jedne, na końcu parometrowego , prostego korytarza. Pozostałam sama, ze swoimi przerażającymi myślami...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz